Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Transgresja lemura - Jaś Kapela

Prompter to takie narzędzie, bez którego nie można się obejść. Nie sposób wyobrazić sobie nowoczesnego świata pozbawionego prompterów. Jak wyglądałyby codzienne wiadomości bez tego sekretnego pudła, ukrytego na tyłach, zaszytego w słodkiej nieświadomości jeszcze słodszej kamery? Telewidz nie zniósłby widoku twarzy spikera, który zamiast czytać z ekranu – udając, że referuje bezpośrednio z samego źródła wszystkich faktów, nieznacznie tylko wspierając swój krasomówczy talent kartką z notatkami – zamiast czytać z wnętrzności sekretnego pudła (niby wróżbita czytający z wnętrzności ryby), zajęty byłby formułowaniem własnych myśli lub, co gorsza, jawnie czytałby z kartki. Ba, telewidz! Człowiek! Człowiek nie zniósłby widoku twarzy drugiego człowieka, gdyby ten czytał, udając otwarcie, że wcale nie czyta.

Henri Michaux w jednym ze swoich arcysurrealistycznych zapisków przedstawił rzecz w sposób następujący: „Nie krokodyla jest rzeczą ostrzegać: uwaga, krokodyl!”, tuż obok zanotował: „Mężczyzna upija się pierwszy raz w życiu i woła olśniony: a jak wyglądałby destylat z całego świata!?” [1]

No więc właśnie. Surrealizm jako nurt eksplorujący podziemia inspiruje chyba każdy underground (począwszy od Orfeusza, skończywszy na prawicowych forach internetowych), dlatego też buńczuczna postawa, której wzorzec precyzowali najbardziej zaciekli przedstawiciele tej formacji twórczej, tacy jak chociażby Antonin Artaud, zabezpiecza środki mentalne dla nieustannej wolty.

A zatem, inspirując się nadrzeczywistością, zapytajmy: jak mógłby wyglądać prompter całego świata? Czy byłaby to suma wszystkich reklam, napisów, ogłoszeń, instrukcji, apeli, „exitów” fosforyzujących nad włazami „promu kosmicznego Ziemia” itp., poprzez absorpcję odżywiających wielkomiejskiego przechodnia (takiego, powiedzmy, Tadeusza Konwickiego), który udaje, że wcale ich nie czyta, i tylko dlatego, że właśnie sobie je nieustannie podczytuje i miętoli w głowie, nie dając po sobie tego poznać, tylko dlatego jest strawny dla swoich bliźnich?

A może prompter całego świata to graffiti zrobione na egipskich ciemnościach? Lub organizm lemura? Jak pewnie stwierdziłby William S. Burroughs, zważywszy, że oddawał cześć lemurom jako świętym mutantom.

Jak dobrze wszystkim wiadomo, zarówno graffiti, jak i emblematyczny starożytny Egipt, a także lemury należą do elementów składowych wyobraźniowego kokpitu, z którego efemerycznym, kultowym wirusem steruje Burroughs (jego motto: „Language is a virus from outer space”  ryje niejedną halloweenową dyńkę), tajny guru nastoletnich agentów międzystrefy (spytajcie swoje dzieci o autora Nagiego lunchu, a wywołacie należyty popłoch). Otóż Burroughs doskonalił surrealistyczne techniki montażu, ogłosił tak zwane niewidzialne pokolenie.  Proponował, żeby każdy jego przedstawiciel nosił przy sobie boombox, na zmianę nagrywając i emitując, odciskając na publicznej fonosferze swego rodzaju hymn synergii i zupełnie nowej, bo rozpostartej podmiotowości, patronował punkom i innym łotrom, a do tego sam, we własnej osobie, przechadzał się po mieście z odpowiednimi mazakami i jak go naszło, pisał na murach wymyślne hasła.

Burroughs studiował antropologię. Dobrze widać jego sympatyczne „spojrzenie z oddali” na tak zwanych dzikich i paniczny wręcz strach przed władzą. Pisarz zasłynął pewnym epizodem swojego życiorysu, kiedy to nie dopuszczał do siebie starych przyjaciół, przekonany, że są wysłannikami Wielkiej Kontroli. Boleśnie przekonał się o tym Allen Ginsberg. Ta nieufność może być mutacją czy odpryskiem ambiwalentnego podejścia do kwestii jak najbardziej życiowej, czyli do literatury. Z jednej strony całkowite poświęcenie sprawie, z drugiej – świadomość, że literatura jest podstawowym nośnikiem dystynkcji, tej sztucznej strony mocy. Stąd być może najróżniejsze próby przekroczenia granic okładki i dla przykładu „napisy na ścianach”.

Przekroczenie (czyt. transgresja) to, zdaniem Mieczysława Porębskiego, dążenie konstytucyjne dla XX wieku. A profesor Porębski to tytułowy bohater Nożyku profesora Tadeusza Różewicza, który jest również autorem tekstu pod tytułem Napisy na ścianach. Utwór, poza tym, że bogaty w wątpliwości typu, czy karaluch może być podobny do pieska, relacjonuje potrzebę partycypacji w surowym ze swej natury zwrocie ku celebracji milczenia, który to trend w literaturze wyznaczały sylwetki Becketta, Blanchota, czy Celana. Wyznanie inspiruje wędrówka pośród paryskich ścian, w maju 1968 roku. Poeta mija napisy utrzymane w konwencji magicznych zaklęć, takie jak: „Człowiek nie jest albo głupi, albo inteligentny, jest wolny albo nie jest”[2]. Dla pamięci zapisuje sobie hasło „sztuka to gówno”. Jest pognębiony: „Wymalowane czerwoną pomadką do warg, smołą, ołówkiem. Wiersze? Dramaty? Literaci?!”[3]. Dobre pytanie.

Różewicz przyjechał z kraju, w którym literat był figurą szczególną. Zwraca na to uwagę Jerzy Urban: „Kogo wydawać, chwalić, ganić, popierać, niszczyć, mianować pisarzem – to były doniosłe sprawy polityczne. Działo się to niezależnie od tego, ilu realnie literatów pisze i wydaje książki, czy i ilu ludzi je czyta, czy mają one jakikolwiek wpływ na kogokolwiek i cokolwiek. Literatura była dziedziną zmitologizowaną, jej twórcy problemem wymyślonym po to, by władza mogła się kłopotać nieprawdziwymi zmartwieniami”[4]. Dodatkowo znalazło się kilku takich, którzy największy talent przejawiali, zdając raporty szkalujące środowiskowych towarzyszy doli (ową perwersyjną twórczość w sposób nad wyraz zniuansowany opisuje Ostatni raport Zbigniewa Kruszyńskiego).

Nie dziwota, że pierwszą awangardą wolnej Polski (czyli brulionowcami) kierowała nieufność, tak do starszego kolegi po fachu, jak i do całej zastanej instytucji literatury, w związku z czym zwracali się ku młodszym kolegom, deskorolkowcom. Na ankietę „Pisarze przecenieni/niedocenieni” przeprowadzoną przez redakcję „Kultury” w 1992 roku czołowy brulionowiec (dziś bogobojny pogromca homeopatii) Robert Tekieli odpowiada: „Niedoceniana za to jest poezja ulicy (graffiti), w której znajduję więcej prawdy o emocjach i umysłach mieszkających w tym kraju ludzi niż w nieomal całej poezji i prozie ostatnich lat. Graffiti (pars pro toto alternatywnych aktywności) wypełnia podstawową dla kultury funkcję oswajania rzeczywistości”[5]. Dziś pewnie można by to samo powiedzieć o internetowych memach.

Burroughs, posiłkując się przykładem hieroglifów, przypominał, że pismo jest obrazem, a zatem pisarz jest malarzem, artyściochą pełną gębą. Tak jak prompter.

 

Jaś Kapela – (ur. 1984) poeta, prozaik, felietonista. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Autor dwóch książek z wierszami (Reklama oraz Życie na gorąco), dwóch powieści (Stosunek seksualny nie istnieje oraz Janusz Hrystus), a także zbioru felietonów Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu. Zwyciężył pierwszy zorganizowany w Polsce slam i kilka późniejszych.



[1] H. Michaux, Slices Of Knowledge [w] Poems for the Millennium: The University of California Book of Modern & Postmodern Poetry : From Fin-De-Siecle to Negritude, red. J. Rothenbeg, P. Jorris, tłum. własne

[2] T. Różewicz, Proza, Wrocław 1973, s.557-558

[3] Tamże, s. 558

[4] J. Urban, Alfabet Urbana, Warszawa 1990, s. 184

[5] http://www.niniwa2.cba.pl/pisarze_niedocenieni_pisarze_przecenieni.htm