Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Powieść graficzna. Anachronizm czy przyszłość? - Łukasz Gazur

„Był moment, kiedy ludzie nie chcieli już czytać poezji i sięgnęli po powieści, które wcześniej uważano za rozrywkę odpowiednią jedynie dla pań o nie najlepszej reputacji. Kiedyś to samo stanie się z prozą. Zastanawiam się, co ją zastąpi. Może będzie to powieść graficzna? To gatunek idealnie pasujący do naszych czasów, w których dominuje kultura obrazkowa, a ludzie nie są w stanie skupić uwagi dłużej niż przez kilka minut” – napisał w 2004 roku Charles McGrath na łamach „The New York Times”.

Choć powieść graficzna zdobywa uznanie krytyków i serca czytelników, wciąż trwają dyskusje nie tylko na temat definicji, ale i historii graphic novel. Bo granica między komiksem a powieścią graficzną jest płynna i przez nieuwagę można ją przeoczyć. Czy warto więc stosować to pojęcie?

 

Narodziny graficznej epoki

Termin po raz pierwszy został użyty już w latach 30. poprzedniego stulecia. Jego autorem był Lynd Ward. Spod jego ręki wyszły powieści tworzone techniką drzeworytu. Ale rzeczywiste narodziny tego nurtu nastąpiły 40 lat później. W 1978 roku Will Eisner opublikował Umowę z Bogiem, która dała początek trylogii opatrzonej tym właśnie tytułem. Artysta miał już wtedy tak zwane nazwisko w świecie komiksów. Swoje historie w obrazkach publikował w prasie, a detektywistyczna opowieść The Spirit znalazła się nawet na kinowych ekranach. Ale dla amerykańskiego twórcy o żydowskich korzeniach to było za mało. Eisner marzył o opisaniu miejsca, w którym się wychował – Dropsie Avenue, legendarnej już imigranckiej ulicy Nowego Jorku. Tak narodziła się pierwsza część trylogii, fikcyjna opowieść zbierająca jednak okruchy wspomnień. Na kartach wizualnej opowieści znajdziecie więc pobożnego Żyda, Frimme’a Hersha, który traci ukochaną córkę. Wtedy łamie umowę z Bogiem i zostaje kamienicznikiem. Zobaczycie też śpiewaka, którego z tłumu wyłuskała diwa operowa mająca już za sobą swoje najlepsze lata. Niestety, śpiewak zamiast zaglądać na sale koncertowe, woli spoglądać do butelki. To sprawia, że nie potrafi wykorzystać szansy, jaką dał mu los.

W drugiej części, zatytułowanej Siła życiowa, Eisner przedstawia siebie jako  Jacoba Shtarkaha. Zobaczymy tu odbicie wielkiego kryzysu lat 30., narodziny hitleryzmu, lewicowe prądy zdobywające popularność wśród elit. A pomiędzy tym wszystkim egzystencjalne poszukiwania bohatera.

Na marginesie warto odnotować, że Robert Crumb podobno właśnie tę część trylogii nazwał arcydziełem. Uznano, że autor tej graficznej powieści ma wnikliwe spojrzenie, podobne do tego zawartego w literaturze Henry’ego Rotha, i społeczne zacięcie jak John Dos Passos.

W księdze trzeciej, noszącej tytuł Dropsie Avenue, Eisner kreśli i portretuje postacie mieszkańców legendarnej alei na przestrzeni lat, opisując napływ kolejnych fal emigracji. Holendrzy, Anglicy, Irlandczycy, Żydzi, Afroamerykanie, Latynosi – wszyscy ci emigranci przywożą swoje zwyczaje i normy społeczne. Świat się zmienia, ulegają rozkładowi dawne przyzwyczajenia społeczne, miks kulturowy rodzi nową jakość.

 

Historia znalazła obrazkowy głos

Will Eisner wiedział, że jego dzieło wyjdzie poza ramy klasycznego komiksu, który w latach 70. kojarzył się głównie z historiami sensacyjnymi albo fikcyjnymi spisami osiągnięć superbohaterów. Musiał znaleźć inny termin określający to, co stworzył, by uwypuklić odrębność tej narracji. Wybór padł na termin „powieść graficzna”. PR-owy zabieg okazał się trafiony.

Mało tego. W tym samym roku (1978) Raymond Briggs wydał książkę The Snowman, rysunkową opowieść o chłopcu, bałwanie i zimnej wojnie. Już taka zapowiedź sprawia, że tom powinien być traktowany inaczej niż zwykły komiks. Mimo to tak się nie stało, a autor sprzedanych w trzech milionach egzemplarzy dzieł wciąż uważany jest za… twórcę komiksów dla dzieci! Mimo że jego Gentelmen Jim czy When the Wind Blows to powieści uciekające daleko poza granicę klasycznie rozumianego komiksu. Mnóstwo tu aluzyjnych gier, podtekstów odnoszących się do rzeczywistości niekoniecznie w oczywisty sposób. Choćby wspomniane dwie powieści, czyli historie pracownika szaletu miejskiego i jego żony, których wiedza o świecie pochodzi z brukowej prasy i telewizji. Marzą o lepszym życiu, chcą być klasą średnią pełną gębą. Efekt jest mizerny. O ile Gentelmen Jim jest „tylko” powieścią o ambicjach klasy pracującej, o tyle When the Wind Blows idzie dalej – staje się grą z rzeczywistością. Wszystko przez tło historyczne. Dzieło powstaje w 1982 roku, kiedy nuklearna rywalizacja USA za prezydentury Reagana i ZSRR końca rządów Leonida Breżniewa i jego następców przerażała świat. Wtedy właśnie rząd brytyjski wydał ulotkę Protect and Survive. Przypominało to Wojnę światów Orsona Wellesa. Społeczeństwo było przerażone, bo broszura radziła, by nie panikować, bo i tak nikt nie ma szans na przeżycie, a jej trzon stanowiła instrukcja, jak odnaleźć zwłoki bliskich, jeśli samemu przeżyje się dłużej. Odbicie tych czasów znajdziemy właśnie w powieści Briggsa. Komedia jednak zmienia się w dramat, bo wybuch następuje. A bohaterowie wciąż wierzą w rząd i zalecenia ulotki.

Oczywiście ta obrazkowa historia została uznana za wydarzenie, rzecz o propagandzie, która przeorała mózgi obywateli. I stała się klasyką.

Jak widać rok urodzenia powieści graficznej się zgadza, tylko z ojcostwem jest problem: Briggs czy Eiser?

 

Czy musi to być powieść graficzna?

Tym tropem poszli następni, jak choćby Art Spiegelman, Żyd polskiego pochodzenia w swoim słynnym Maus. To opowieść o Holokauście, gdzie różne  narodowości mają twarze konkretnych zwierząt. Ona również pójdzie dalej niż sensacyjne opowieści. Bo przez obrazkowe opowiadanie Art próbuje zrozumieć doświadczenia swojego ojca, więźnia obozu w Auschwitz. Po wojnie uchodził za człowieka skąpego, nieprzyjemnego, podejrzliwego. Był taki zarówno wobec obcych, jak i członków rodziny. Rozmowy ojca i syna, na których oparty został Maus, miały być wstrząsającym świadectwem.

Powieść w obrazkach Arta Spiegelmana wzbudzała od początku sporo kontrowersji. Krytykowano pomysł przedstawienia wydarzeń z czasów zagłady w formie komiksu, uznawanego przez wielu krytyków za mało poważną.

W Polsce komiks ten wydano dopiero w 2001 roku, niemal dziesięć lat po przyznaniu Spiegelmanowi Nagrody Pulitzera. Powodem tak późnego ukazania się dzieła były oskarżenia o antypolskie motywy w nim zawarte. Polaków przedstawił Spiegelman jako świnie, co oburzyło nie tylko krytyków, ale i znaczną część opinii publicznej, szczególnie tej z prawicowo-narodowościowymi odchyleniami. Również pokazanie w niektórych wypadkach Polaków jako antysemitów bądź jako obozowych kapo spowodowało liczne protesty. Sam Spiegelman podkreślał, że patrząc w ten sposób, uznać należy powieść za w tym samym stopniu „antypolską”, co „antysemicką”. Pokazał w niej bowiem także Żydów współpracujących w czasie II wojny światowej z nazistami. A postać ojca, Władka, jest przesiąknięta wręcz stereotypem skąpego i nieufnego Żyda.

Ta powieść, ubrana w czerń i biel, surowa w formie, bez zbędnych ozdobników, a także jej temat, czyli przedstawienie tragedii swojej rodziny, sprawiły jednak, że z czasem uznano Maus za graficzne wydarzenie, docenione wspomnianą Nagrodą Pulitzera.

Echem odbiły się na świecie z kolei Niebieskie pigułki Frederika Peetersa, który opowiadał o swoim związku z kobietą będącą nosicielką wirusa HIV oraz budowaniu rodziny z nią i jej zakażonym synem. Craig Thompson na 600 stronach (sic!) w Blankets narysował historię własnego dorastania. Niedawno ukazał się jego Habibi – rzecz o dążeniu do przetrwania za wszelką cenę i o tęsknocie. To jedno z najważniejszych wydawnictw mijającego roku, które z pewnością przejdzie do historii.

Wszystko ubrane jest w sztafaż Bliskiego Wschodu. Bo to przede wszystkim powieść graficzna o zderzeniu Europy i świata islamu. O tym, jak wiele je dzieli i łączy zarazem. To historia relacji Dodoli, w dzieciństwie wydanej za mąż, później sprzedającej swoje ciało przemierzającym pustynię karawanom, i Zama, małego czarnoskórego chłopca. Los najpierw ich połączył na targu niewolników, następnie rozdzielił. Ona trafi do haremu szejka, którego będzie zabawiać i w dzień, i w nocy (nie tylko w alkowie), on stanie się eunuchem, więc pozostanie między nimi mur cielesnych ograniczeń i pragnień, które nie mogą zostać spełnione.

Fabuła umieszczona „gdzieś w krajach arabskich”, bez określenia miejsca i czasu akcji, w założeniu miała się stać uniwersalną przypowieścią. Z czasem Thompson zaczął ją wzbogacać o erudycyjne odwołania do historii, nauki, filozofii, przytaczać legendy i ludowe podania, snuć paralele między Biblią a Koranem (nie przez przypadek okładka tego tomu przypomina święte księgi). W tym fascynującym tropieniu różnic i podobieństw nie ma czołowego zderzenia światów, jest przenikanie się, czasem bezszelestne przekraczanie granic. (Niewielu wie, że Arystotelesa przed zapomnieniem przez Europę uratował arabski myśliciel Awerroes). A wszystko jest ukazane z precyzją i dbałością o każdy detal. Arabskie pismo staje się tu niemal ornamentem.

Ciągłe retrospektywy, powroty do zagubionych po drodze wątków nie tylko dynamizują opowieść, ale i każą jej stać się niemal mistyczną historią. Intrygujące! Jednak dodać trzeba, że momentami trudno uciec od myśli, że jednak w niektórych wypadkach Thompson dał się złapać w sidła stereotypowego postrzegania kultury arabskiej.

 

Dokąd to zmierza?

Z tej graficznej panoramy wyłowić można kilka wyróżników powieści graficznej. Ambitna tematyka, nierzadko sięgająca po to, co akurat społecznie bądź obyczajowo „gorące”, wykraczająca daleko poza ramy sensacyjnych historii. To często także dzieło przekraczające objętość kilkunastu czy dwudziestu kilku stron, które liczą amerykańskie wydawnictwa komiksowe. Często też zawiera sporo elementów autobiograficznych bądź opisów wydarzeń historycznych czy aktualnie gorąco dyskutowanych. Czy jednak w dobie zacierania się granic wciąż trzeba stosować PR-owy zabieg, by sprzedać ambitniejsze historie obrazkowe? Wydaje się, że podział jest sztuczny, a młoda inteligencja bez obrzydzenia bierze komiks do ręki. Wspomnijmy przykład znad Wisły. Głośne było wydane w 2001 roku  Życie codzienne w Polsce 1999–2001 Wilhelma Sasnala. Najsłynniejszy chyba polski malarz współczesny opowiedział o swoim życiu, które wiedzie z żoną Anką. Nieznośna lekkość bytu ściera się tu z dyskretnym urokiem bohemy artystycznej. A wszystko wpisane w polską rzeczywistość. Malarz Wili i jego żona Ania dowiadują się, że będą mieli dziecko. Niestety, ciąża jest zagrożona, przepada stypendium, z braku pieniędzy muszą się przeprowadzić z Krakowa do Tarnowa. Przy okazji dowiadujemy się, ile kosztuje bułka w sklepie i że lekarze w szpitalu lubią wzajemnie o sobie plotkować.

Paweł Dunin-Wąsowicz nazwał tę obrazkową historię powieścią pokoleniową, a wydawca reklamował ją jako „ulubiony komiks młodej inteligencji”. To mówi wszystko.

 

Łukasz Gazur (ur. 1983) – dziennikarz, krytyk sztuki. Związany z „Dziennikiem Polskim”. Publikował między innymi w „Przekroju”, „Tygodniku Powszechnym”, „Arteonie”, „Exit”, „Sztuka.pl – Gazecie Antykwarycznej”. Jest autorem tekstów do książki Małopolska. Znaki w przestrzeni.