Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

To nie będzie rozmowa o pieniądzach – O prezentacji polskiej sztuki za granicą z Moniką Branicką, współzałożycielką Galerii Żak Branicka, rozmawia Paulina Olszewska

Paulina Olszewska: Prowadzą panie od 2008 roku galerię, której działalność skupia się na sztuce współczesnej z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym z Polski. Dlaczego interesuje was właśnie ten obszar?

Monika Branicka: Obydwie z Asią Żak jesteśmy z Krakowa, zatem wybór profilu galerii był czymś naturalnym. Zakładając nową galerię, byłyśmy w tej wymarzonej sytuacji, że do współpracy mogłyśmy zaprosić artystki i artystów uznanych, na przykład Katarzynę Kozyrę, Zofię Kulik, Józefa Robakowskiego czy Joannę Rajkowską. Pomimo swojej ugruntowanej pozycji muzealnej byli oni mało obecni na rynku sztuki. Nie miało to nic wspólnego z samymi artystami, lecz wynikało z tego, że rynek sztuki współczesnej w Polsce praktycznie nie istniał. W Niemczech, gdzie prowadzimy galerię, nasz „biały walc” nie mógłby się wydarzyć. Tutaj wiele instytucji to galerie pokoleniowe, w których właściciele „dorastają” wraz ze swoimi artystami i wspólnie zdobywają prestiż i uznanie. Są też galerie-przedsiębiorstwa oparte na dużym kapitale, które wybierają artystów na podstawie analizy rynku. Jak ktoś w Berlinie otwiera galerię i nie ma dużego kapitału, doświadczenia w branży ani odpowiednich kontaktów, to nie zaprosi do współpracy artysty, który na przykład reprezentował Niemcy na Biennale w Wenecji, gdyż ten już od dawna jest reprezentowany.

Jaka była reakcja opinii publicznej na taki wybór profilu galerii?
Spotkałyśmy się z ogólnym zdumieniem: „Co to za profil sztuka Europy Środkowo-Wschodniej?”. Pewna galerzystka zadzwoniła do mnie i z oburzeniem stwierdziła, że to, co proponujemy, nikogo nie interesuje, a my się tym „naszym polskim profilem” ośmieszamy. Jednak ostatnio owa galerzystka pokazuje coraz więcej prac artystów i artystek z naszego kraju. Ta nagła zmiana poglądów jest zresztą szerszym zjawiskiem i dotyczy także instytucji i kolekcji, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Na Zachodzie zauważono bowiem, że dotychczasowe działania traktowały historię sztuki wybiórczo. Umknęło im około 80 lat z obszaru połowy Europy. A przecież za żelazną kurtyną wydarzyły się niezwykle interesujące rzeczy i luka w wiedzy, a co za tym idzie – także w kolekcjach, jest całkiem spora i trzeba to nadrobić.

Z jakim przyjęciem w tym momencie spotyka się to, co panie robią i prezentują?
Z bardzo pozytywnym. Galeria, żeby zdobyć sobie zaufanie środowiska, musi działać przez kilka lat i pokazać, że trzyma poziom. Trzeba znać swój któcel i być upartym. Po jakimś czasie otwierają się na współpracę, choć na początku trudno jest ich pozyskać.

Czy goście, którzy przychodzą do galerii, robią to, bo prezentowana jest w niej dobra sztuka, czy dlatego, że interesuje ich sztuka z Polski?
Jesteśmy w tej sytuacji, że sztuka, którą pokazujemy, nie jest mainstreamowa. Obiektywnie można powiedzieć, że w przypadku galerii komercyjnej jest to wada, gdyż ci, którzy szukają „blue chips”, będą rozczarowani. My uważamy natomiast, że to jest nasza zaleta. Przypadkowe osoby do nas nie zaglądają, więc na szczęście nie musimy rozmawiać o obrazach, które pasują do sofy. Klienci wiedzą, czego mogą się spodziewać po naszych wystawach. Mówiąc wprost, przychodzą, bo można tu zobaczyć dobrą sztukę.

Jeszcze cztery – pięć lat temu mówiło się o boomie na sztukę z Europy Środkowo-Wschodniej.
Rzeczywiście, była taka kilkuletnia moda. Sztukę z tego regionu traktowano jak ciekawostkę. Nie była to jednak komfortowa sytuacja, bo ta sztuka nie była traktowana poważnie. Wydaje mi się, że to już minęło, że sztuka z Europy Środkowo-Wschodniej przestała być jednosezonową modą. Tak jest lepiej.

Jak z pani perspektywy, jako galerzystki znającej nie tylko berlińską, ale także międzynarodową scenę artystyczną, wygląda środowisko polskie? Czy mają panie kontakt z polskim rynkiem sztuki?
Jak najbardziej. Cieszy mnie coraz większa liczba młodych, bardzo aktywnych kolekcjonerów. Ostatnio aktywne są też muzea, głównie dlatego, że powstają nowe placówki, które muszą od początku budować swoje kolekcje, i to jest absolutnie wyjątkowa sytuacja w skali europejskiej. Kiedy opowiadam w Niemczech, że w Polsce w ciągu kilku lat zbudowano kilka nowych muzeów, a w planie są kolejne, wszyscy są pod wrażeniem.

Jak zatem ocenia pani polski rynek sztuki?
Potrzeba nam jeszcze czasu. Rynek sztuki da sobie radę i nie trzeba się o niego martwić. Prywatni kolekcjonerzy dużo podróżują szybko się uczą. Życzyłabym sobie, żeby instytucje publiczne, jak na przykład muzea narodowe, stworzyły takie możliwości swoim pracownikom. Kuratorzy powinni być obecni na Biennale w Wenecji, targach w Bazylei i documenta w Kassel, bo w przeciwnym razie będzie im trudno wykonywać swój zawód na wysokim poziomie. Tam mogą zobaczyć, co się obecnie dzieje, obejrzeć unikatowe prace oraz nawiązać kontakty. Niestety, w Polsce nadal nie wszyscy mają taką możliwość, wciąż brakuje na to środków, a przede wszystkim dobrej woli. Kuratorzy pracujący w muzeach na Zachodzie również nie są rozpieszczani, ale jednak zdarza się, że cały dział merytoryczny jakiegoś muzeum wsiada w samolot i leci do Kassel czy Bazylei na „szkolenie zawodowe”.

Czego brakuje pani jeszcze w polskim rynku sztuki?
W Polsce powinno powstać więcej profesjonalnych galerii. Chciałabym również, żeby w środowisku nie rozmawiano tylko o pieniądzach. Dla mnie ważna jest rozmowa merytoryczna o sztuce i o jej funkcjonowaniu, tymczasem u nas sztukę sprowadza się ciągle do ceny. W galerii gości z Polski poznaję po tym, że zanim obejrzą wystawę, studiują cennik. A to powinno być absolutnie ostatnim kryterium, i mówię to z pozycji właścicielki galerii komercyjnej.

Chciałabym poruszyć temat współpracy galerii prywatnych z polskimi instytucjami państwowymi, ponieważ wydaje mi się, że na tym polu ciągle jeszcze panuje niechęć ze strony tych drugich.
W Polsce instytucje państwowe nie chcą mieć nic wspólnego z prywatnymi. To się zaczyna ostatnio zmieniać, dużą rolę odgrywają nowe muza sztuki współczesnej, ale jest jeszcze dużo do zrobienia. Wydaje mi się, że wynika to nie tylko ze strachu przed zarzutem wydawania publicznych środków na cele prywatne, ale przede wszystkim z antagonizmu „prywatne” – „państwowe”, który w polskiej mentalności tkwi od czasów, gdy przedsiębiorców nazywano pejoratywnie prywaciarzami. Publiczne instytucje ciągle żywią lęk przed prywatnymi inicjatywami, bo nie wiedzą, co się za nimi kryje, i wydaje im się, że głównym celem tych galerii są pokątnie zarabiane pieniądze. Być może są tacy ludzie, którzy chcą sobie w nieuczciwy sposób dorobić, ale w większości te przesądy to kompletna bzdura. Ta dziwna sytuacja nie dotyczy tylko stosunków między instytucjami prywatnymi a państwowymi, ale także społecznego postrzegania zawodu artysty.

Czy to kwestia historyczna?
Tak, w Polsce przez 50 lat socjalizmu nie było rynku sztuki i artyści rzadko sprzedawali swoje dzieła lub wcale tego nie robili. Utrzymywali się z innych źródeł, na przykład ze zleceń zakładów państwowych, słynne „chałtury”, lub zapomóg. Tamta sytuacja była chora, bo i system był chory. Teraz, kiedy wracamy do normalności, gdy artysta chce żyć ze swojej sztuki, wszyscy mają z tym jakiś problem. Artyści studiują pięć lat na akademii nie dla przyjemności i mają prawo traktować sztukę jako źródło swojego utrzymania. Wracając do pani pytania, opinia publiczna ma jakiś etyczny problem z instytucjami prywatnymi, które utrzymują się same, a nie ma problemu z instytucjami publicznymi funkcjonującymi dzięki naszym podatkom. Tymczasem tak naprawdę nie ma wielkich różnic między tym, co robią instytucje prywatne i publiczne, bo nasz cel jest dokładnie taki sam: sztuka i jej propagowanie. Jedyną zasadniczą różnicą jest właśnie źródło utrzymania: sektor publiczny utrzymuje się z dotacji publicznych, a sektor prywatny ze sprzedaży dzieł sztuki. Za to, co zarobimy, artysta może opłacić czynsz za mieszkanie czy atelier, a ja bieżące wydatki galerii, takie jak zorganizowanie następnej wystawy. Uważam, że instytucje publiczne i instytucje prywatne to dwie strony tego samego medalu, które powinny się wzajemnie respektować. W Niemczech to normalne, czyli jak widać, kooperacja jest możliwa.

To prawda, w Berlinie przy większych wydarzeniach galerie prywatne współpracują z instytucjami publicznymi.
Ta współpraca jest możliwa na różnych poziomach: od produkcji katalogu, poprzez pomoc w nawiązaniu konkretnych kontaktów, po merytoryczne wsparcie w organizowaniu wystawy. Wie pani od kogo tutaj najczęściej dostajemy pochwały za wystawy? Od kuratorów muzealnych i dziennikarzy Słyszymy, że „to jest wystawa muzealna”. Bo w Niemczech kuratorzy jednak przekraczają progi instytucji prywatnych i doceniają ich działalność. W Polsce traktuje się nas z nieufnością.

To, co mnie uderza, gdy odwiedzam berlińską UdK1 w czasie dni otwartych, to sposób przygotowania studentów pierwszego czy drugiego roku: portfolio, profile na branżowych portalach internetowych, cenniki prac. Są przygotowani na to zderzenie z rynkiem sztuki. Podczas gdy na polskich akademiach to rzadkość. Kiedy pada pytanie o ceny – odbiera im mowę.
Postawa polskich studentów akademii jest schizofreniczna. Połowie artystów odbiera mowę, bo nie mieli dotąd żadnego doświadczenia z galeriami i nie wiedzą, jak się w tym świecie odnaleźć. Druga połowa ma ciśnienie na komercyjny sukces i od razu kalkuluje ceny swoich prac – mówiąc kolokwialnie – „z sufitu”, czyli bez odniesienia do rzeczywistości. Tymczasem obydwie postawy są skrajne: brakuje tu balansu, o który staram się walczyć.

Jakie są zalety tej postawy, w której artysta przychodzi do galerii przygotowany i już świadomy tego, czym jest rynek sztuki?
Nie muszę mu wtedy tłumaczyć wszystkiego od podstaw, na przykład co rozumie się przez to, że galeria reprezentuje artystę. Kiedy słyszę, że ktoś chce u nas „tylko zrobić wystawę”, biorę głęboki oddech i odpowiadam, że galeria prywatna nie ma nic wspólnego z Biurem Wystaw Artystycznych. Takie pytania kierowane są do nas z powodu niezrozumienia, jaką funkcję pełni galeria prywatna. Tłumaczę, że wystawa to około 10 procent całej współpracy między artystą a galerią i efekt wielu innych działań: pisania tekstów, prezentacji na targach sztuki, przygotowania dokumentacji, tworzenia katalogów czy gazety, którą wydajemy, rozmów z muzeami, instytucjami i kuratorami itd. Ale skąd oni mają to wiedzieć, skoro takich instytucji jest w Polsce ciągle za mało.