Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

W rysowaniu jest coś z notowania - z Olą Cieślak rozmawia Małgorzata Kuśnierz

MAŁGORZATA KUŚNIERZ: W rozmowach z ilustratorami pada zazwyczaj pytanie o mistrzów, o inspiracje, ulubione książki z dzieciństwa…

OLA CIEŚLAK: Dziś wydaje mi się, że największe wrażenie robiły na mnie kalendarze z paniami w rozchełstanych bluzkach wyłaniające się z traw, atlasy roślin, rysunki Młodożeńca z wyboru satyr amerykańskich, Jakubek i brzoskwinka olbrzymka z cudownie mrocznymi ilustracjami Murawskich, bajki La Fontaine’a z ilustracjami Stannego. No i Butenko, którego ilustracje odrysowywałam obsesyjnie na kalce krawieckiej.

A co podoba ci się we współczesnej ilustracji? Cenisz szczególnie kogoś z koleżanek i kolegów po fachu?

Moi koledzy są obrzydliwie zdolni. Powinno się ich jak najszybciej wyeliminować. Tacy na przykład  Mizielińscy, którzy są niezwykle spójni życiowo-twórczo, albo Edgar Bąk, który jest wierny kresko-paskom, Monika Hanulak, która – całe szczęście – bardzo wolno pracuje, albo niemożliwie charakterystyczna Marta Ignerska. Wszyscy wyraziści. To, co robią, jest – mam wrażenie – przeniesieniem tego, kim i jacy są. To jest prawdziwe, bo oni są w tym prawdziwi. Nie znoszę też szczerze Ady Bucholc i Oli Niepsuj, których całe szczęście nie znam osobiście, bo musiałabym im obciąć łapki z zazdrości. No a Patryk Mogilnicki też lepiej, żeby sam nie chodził ciemnymi ulicami… Jak można być tak bezwstydnie zdolnym…

Nie tylko ilustrujesz książki, ale także piszesz i projektujesz. Zastanawiam się, która warstwa książki, obraz czy słowo, jest dla ciebie najważniejsza.

Najbardziej istotny jest dla mnie tekst. Zaraz potem pojawiają się obrazy. Oczywiście zdarza się – tak było w przypadku mojej ostatniej książki Złe sny – że miałam jakiś rysunek i do niego pisałam tekst. Ale rzadko w ten sposób pracuję.

Praca nad którą z książek była dla ciebie największym wyzwaniem?

Wyjątkowo trudna okazała się praca nad książkami inspirowanymi malarstwem Dürera i Strzemińskiego: Zającem Grzegorza Kasdepke i Powidokami Tiny Oziewicz. To było balansowanie pomiędzy tekstem i obrazem, czy nawet ilustrowaniem  obrazu, choć brzmi to niedorzecznie. Na szczęście nie mam czołobitnego stosunku do dzieł sztuki.  To była zabawa, konwencja, mazanie po ikonach. Nie starałam się naśladować Strzemińskiego, raczej musiałam być pośrednikiem, który pokazuje dziecku, że sztuką można się bawić, że muzeum to nie mauzoleum, że można sobie pozwolić na własną interpretację. Co artysta miał na myśli, to jest jego osobista sprawa. Wydawnictwo postawiło na swobodne odczytywanie prac mistrzów, słusznie zwracając uwagę na potrzebę ich odbrązowienia. Gdybym malarsko chciała ilustrować Strzemińskiego, nie miałoby to sensu, bo malarski on już jest wystarczająco. Rysunek wydawał mi się idealnym łącznikiem między słowem a obrazem. Bo w rysowaniu jest coś z notowania.

Wspomniałaś o Złych snach. Przeglądając tę książkę, próbowałam zliczyć materiały, z których korzystałaś. Doszukałam się nawet tkaniny i rachunku ze sklepowej kasy. Ta publikacja to kolaż, swoisty patchwork.

Jestem zbieraczem, takim śmieciarzem, który wyławia historie, jakieś skrawki. W Złych snach jest dużo tego zbieractwa. Jest wzór z pocztówki dźwiękowej, jest kobieta chora na wytrzeszcz i fragmenty częściowo zużytego letrasetu, są plastikowe serca imitujące drogie kamienie, powycinane z fotografii główki pań (znalazłam je w takiej formie w antykwariacie), jest fragment etykiety sera i pani z tureckiej reklamy zupy w puszce, jest mój przyjaciel Michał w roli fachowca i Kopernik odgrywający rolę pana z punktu ksero. Chciałam uzyskać taki efekt, żeby nie było wiadomo, który rysunek jest mój, a który – z zupełnie innej beczki. Paragon, który zachowałam ze względu na pięknie wytłuszczone litery. Poza tym podobał mi się napis „Banan luz”. Zrobiłam sobie trochę miejsca w głowie, pakując to wszystko w książkę.

Esej wizualny Marcello to kolejna praca, w której połączyłaś wiele technik. Masz swoją ulubioną?

Najbliższy jest mi rysunek, ale w lepieniu z plasteliny jest coś bardzo zmysłowego. Lepię ucho i czuję, jak ono mi się czerwieni w dłoniach. Wchodzę w światy, które sobie wyobrażam.
W rysunku czuję się bezpiecznie, bo ołówek to jest takie przedłużenie ręki, więc niejako jest sterowany myślą. Zwykle rysuję na papierze do drukarki. Powstają pojedyncze elementy, które składam w całość w Photoshopie.
W Marcello chciałam zbudować bardzo różnorodny świat. Zdjęcie z hotelowego pokoju w jakiejś małej miejscowości, w której nocowałam, pocięta ulotka osiedlowego sklepu, zwierzęce preparaty inspirowane wizytą w austriackiej wioskowej szkole. Nigdy nie wiadomo, kiedy co się może przydać i co wyniknie z połączenia tego wszystkiego. Kiedy myślę o kimś, mam często w głowie właśnie takie detale – kawałek stopy, lok, kolor, który mi się z kimś kojarzy, albo pojedyncze słowa, dźwięki, czyjąś charakterystyczną minę. Nie mam w głowie ostrości ustawionej na całą postać, to raczej zbiór luźnych skojarzeń. Marcello to pierwszy esej wizualny, który przygotowałam. Ale planuję rozwinąć ten format. Mam wiele takich historii, które chciałabym kiedyś wydobyć z twardego dysku na światło dzienne.

Kojarzona jesteś przede wszystkim z ilustracją. W rzeczywistości jednak jesteś w ciągłym twórczym biegu, robisz wiele rzeczy: plakaty, strony internetowe, warsztaty plastyczne, instalacje, obiekty, przytulanki (dla dorosłych).

Robię wiele różnych rzeczy, w tym też ulotki. Lubię jednak jasne briefy, taka zadaniowość od czasu do czasu mnie porządkuje i uspokaja. A z tą różnorodnością to jest tak, że czasem po prostu muszę oderwać się od komputera, pomyśleć inaczej, zmienić medium, uszyć lalkę albo sukienkę, żeby przewietrzyć sobie głowę. Nie chciałabym wybierać, jakoś się dookreślać. Fajnie jest nie wiedzieć do końca, kim się jest, żeby się sobą nie znudzić. Poza tym mam takie zrywy, ataki słomianego zapału, całe pudła niezrealizowanych koncepcji na życie.

Marcello istnieje naprawdę czy tylko w twojej wyobraźni?

To prawdziwy chłopak, z portalu randkowego, którego nigdy nie poznałam osobiście. Gadaliśmy na Skypie, patrzyliśmy sobie w kamerki i to było trochę romantyczne, trochę straszne.  Klikasz i nagle internet zaczyna mówić do ciebie ludzkim głosem. I jest to głos osobisty, intymny, ale ciągle obcy.

Intryguje mnie też jego lewe ucho… jest z plasteliny i odstaje…

Marcello to był bardzo zmysłowy chłopak, chciałoby się go za to ucho wytargać, choćby i online.

 

Ola Cieślak (ur. 1981) - absolwentka pracowni projektowania książki warszawskiej ASP, projektuje, ilustruje, pisze. Autorka książek Love Story, Złe Sny, Od 1 do 10. Stypendystka programu Młoda Polska 2011. Prowadzi blog Ola z Bloku: http://olazbloku.blogspot.com/